Stało się. Kilka miesięcy minęło i nie dodałem żadnego wpisu na bloga. Okazuje się jednak, że pisanie dla przyjemności jest znacznie trudniejsze i bardziej wymagające, gdy w pracy również zajmuję się… pisaniem. Trudno powiedzieć sobie, ok. teraz dla relaksu nieco sobie popiszę. Ostatecznie, to tak jakby górnik po robocie na przodku, w domu lubił sobie również pofedrować np. w piwnicy.

W ostatni weekend starsza córcia wyjechała z dziadkami, żona ruszyła na zakupy, a ja zostałem  w domu z młodszą latoroślą, która koło południa zwinięta w kłębek zasnęła. Korzystają z nadarzającej się okazji rozsiadłem się wygodnie na sofie i zacząłem czytać książkę. Otoczyła mnie cudowna cisza, a po chwili uświadomiłem sobie jak rzadko miewam takie momenty.

Budowaliście już ze swoimi pociechami domki? Domki z klocków, kartonów, papieru, drewna, czy czegokolwiek innego? Ja ze starszą córcią mamy już na koncie kilka. Naszym głównym budulcem do tej pory były klocki, jednak po obejrzeniu niedawno pewnego domku, postanowiliśmy zmienić podejście do budowy i spróbować czegoś nowego.

Gdy zostałem ojcem jedną z rzeczy, których nie mogłem się doczekać było czytanie dziecku bajek na dobranoc.Do dziś uwielbiam to robić, chociaż starsza córcia niestety wybiera często tytuły, za którymi nie przepadam. Dodatkowo bywa, że muszę jeden z nich czytać siedem razy w tygodniu! Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Za każdym razem próbuję bowiem coś zmienić w historii, tak żeby mała mogła to wyłapać i zwrócić mi uwagę. Czasami wręcz sama się dopomina żebym coś przekręcił i tak czytanie po raz setny tego samego robi się znacznie ciekawsze. Bywa też, że powtórne czytanie jakiegoś tytułu wykorzystuję do szlifowania moich mizernych talentów aktorskich – a to zmieniam głos jakiejś postaci, a to staram się być bardzo aktywnym narratorem. Ostatecznie, pomimo powtarzalności, zawsze z córcią bawimy się znakomicie, a o to przecież chodzi.

Gdy za oknami sypie… pada deszcz, a zima przypomina jesień, trudno zabrać się za solidne lepienie bałwanów. Niestety zimy z mojego dzieciństwa są już jedynie dobrymi wspomnieniami wartymi opowieści. Całkiem niedawno udało nam się jednak z córcią trafić na odrobinę śniegu i nie tylko nieco pozjeżdżaliśmy się na sankach, ale również narysowaliśmy na drodze bałwana. Tak, tak, narysowaliśmy. Śniegu było bowiem tak mało, że można było na nim jedynie rysować.

Po raz pierwszy w tak zwanym biegu masowym wystartowałem w roku 2010. Wtedy dystans nieco ponad 5 km budził we mnie niemałe obawy. Okazało się jednak, że nie tylko go pokonałem, ale również sprawiło mi to ogromną radochę. Był to dzień, w  którym ostatecznie złapałem bakcyla biegania. Jednak mój pierwszy długi bieg wiązał się z lekcją WF-u w podstawówce i dystansem 2 km. Ówcześnie obciążony byłem sporą nadwagą, a bieganie było ostatnią rzeczą na jaką miałem ochotę. Oczywiście nasz nauczyciel, ani nas nie przygotował do startu, ani z nami nie trenował biegania. Pewnego dnia zwyczajnie zapowiedział, że będziemy biec (on rzecz jasna nie) i tak to się stało. Do dziś pamiętam jaką mordęgą i koszmarem było dla mnie przebrnięcie przez te 2 km. Momentami byłem bliski zawału, ale jakoś doczłapałem do mety budząc ogólną wesołość wśród kolegów oczekujących na mnie na szczycie tej Golgoty.


Gdy rodziła się moja pierwsza córcia, za szpitalnymi oknami padał śnieg. Nie do końca uświadamiałem sobie wtedy, jak bardzo to jedno wydarzenie może odmienić moje życie. Kilka dni później już wiedziałem. Kolki, odparzenia, ulewanie mleka, permanentny brak snu i czasu, to jednie mały fragment tego, co spadło na nasze (moją i żony) głowy po porodzie. Bywały noce kiedy bujając do snu płaczące maleństwo zastanawiałem się na co mi to było?