Bieganie

, Brak komentarzy

Po raz pierwszy w tak zwanym biegu masowym wystartowałem w roku 2010. Wtedy dystans nieco ponad 5 km budził we mnie niemałe obawy. Okazało się jednak, że nie tylko go pokonałem, ale również sprawiło mi to ogromną radochę. Był to dzień, w  którym ostatecznie złapałem bakcyla biegania. Jednak mój pierwszy długi bieg wiązał się z lekcją WF-u w podstawówce i dystansem 2 km. Ówcześnie obciążony byłem sporą nadwagą, a bieganie było ostatnią rzeczą na jaką miałem ochotę. Oczywiście nasz nauczyciel, ani nas nie przygotował do startu, ani z nami nie trenował biegania. Pewnego dnia zwyczajnie zapowiedział, że będziemy biec (on rzecz jasna nie) i tak to się stało. Do dziś pamiętam jaką mordęgą i koszmarem było dla mnie przebrnięcie przez te 2 km. Momentami byłem bliski zawału, ale jakoś doczłapałem do mety budząc ogólną wesołość wśród kolegów oczekujących na mnie na szczycie tej Golgoty.

Dziś 2 km jawią mi się jako dobry dystans na rozgrzewkę, daleki od jakichkolwiek wyzwań. Wtedy było zupełnie inaczej. Co jednak się stało, że pomimo takiej szkolnej przygody w późniejszym wieku ruszyłem swój tyłek? Ano nauczycielowi nie udało się ostatecznie i całkowicie zabić we mnie chęci do uprawiania sportu, chociaż w sumie w każdej szkole próby takowe się powtarzały. Dopiero w tracie studiów sam z siebie zacząłem coś robić w zakresie sprawności ruchowej. Najpierw była siłownia. Kilka lat przerzucania żelastwa i bliższego zapoznania się ze środowiskiem tzw. karków, sprawiło mi wiele radości (nadmienię jedynie, że siłownie, do których uczęszczałem w niczym nie przypominały dzisiejszych fitness kubów). I choć samemu daleko było mi do posiadania muskulatury na miarę kolegów z siłowni, poznałem wśród nich sporo ciekawych osób, które dość szybko, pomimo moich ewidentnych braków w zakresie budowania ogromniastych tricepsów, zaakceptowały mnie jak swojaka. Oczywiście hasło, które im przyświecało: „jak się nie pokłujesz, masy nie zbudujesz”, było biegunowo odległe od tego, co na siłowni robiłem, to do dziś dobrze wspominam tamte czasy. Co jednak ważne, po kilku latach podnoszenia ciężarów daleko było mi do człowieka z nadwagą, zatem pierwszy etap „usportawiania” samego siebie miałem za sobą.

Po studiach przyszła pora na stałą pracę, a co za tym idzie ograniczenia czasowe, które spowodowały, że zacząłem rozglądać się za czymś nowym w świecie sportu. Wtedy przypomniałem sobie o moim straszliwym biegu z podstawówki. Spojrzałem w lustro i uznałem, że czas na weryfikację tamtego wydarzenia. Bogatszy o życiowe doświadczenia i uboższy o kilkanaście kilogramów masy ciała ruszyłem przed siebie. Po niecałych 15 minutach miałem za sobą przebiegnięte 2,5 km i czułem się wyśmienicie. Okazało się, że wraz ze zniknięciem wcześniejszego nadbagażu, który nosiłem z sobą od lat najmłodszych w okolicach paska, zniknął również problem zadyszki, kolki i wrzasku serca, które miało ochotę wyskoczyć z klatki piersiowej. Tak zaczęła się moja nowa przygoda z bieganiem. Kolejne dystanse pokonywałem w iście zawrotnym tempie, a gdy udało mi się przebiec po raz pierwszy 10 km, poczułem wiatr w biegowych żaglach.

Dziś mam za sobą tysiące pokonanych kilometrów, udział w półmaratonach i jednym maratonie, a każdy kolejny bieg daje mi sporo satysfakcji. Narodziny drugiej córci i brak snu, a co za tym idzie brak możliwości regeneracji, spowodowały jednak, że buty do biegania musiałem odwiesić na kołku. W grudniu 2014 roku zapisałem się jednak na poznański półmaraton i nie miałem już wyjścia, musiałem wrócić do biegania. Od stycznia ruszyłem na trasę i próbuję przypomnieć moim mięśniom, że służą do czegoś więcej niż wspomagania mnie we wstawaniu i siadaniu w wygodnym fotelu.

O bieganiu mógłbym pisać wiele, ale też nie chciałbym od razu Was zamęczyć, zatem zakończę ten wpis przedstawieniem moich wiernych, niezniszczalnych, niezatapialnych butów, które możecie podziwiać na zdjęciu. Moje cudowne New Balance'y przebiegły ze mną wiele km, włącznie z maratonem i do dziś mimo upływu lat nie wykazują oznak zmęczenia, ani starości. Jestem im za to niezmiernie wdzięczny, bo dobre buty, to prawdziwy skarb biegacza.

Do zobaczenia na trasie!

Jacek Łosak

0 komentarze:

Prześlij komentarz